Lampy z butelek po whisky

Lubię butelki whisky. Nie tylko pod względem zawartości, samo szkło z etykietą to często małe dzieło sztuki. Do tego pusta butelka po whisky zawsze mi się z czymś kojarzy, zazwyczaj z okolicznościami nabycia lub któregoś etapu wypijania butelki, a jeśli nie to po prostu przypomina o smaku płynu jaki zawierała.

Dlatego kilka lat temu, kiedy liczba pustych butelek zaczynała w domu przeszkadzać, zacząłem szukać sposobów na ponowne wykorzystanie butelek. Niektórzy robią z nich świeczki: fajny pomysł ale ja rzadko palę świeczki. Na grupach łyskowych zachwyty budziły zdjęcia lamp wykonanych z pustych butelek i metalowych (zazwyczaj miedzianych) rur: piękne ale zajmują dużo miejsca, “zużywają” niewiele butelek, wydaje się to bardzo pracochłonne oraz nie do każdego wnętrza pasują.

Aż w końcu znalazłem rozwiązanie: ad-hoc lampy z “korków” z LED-ami na drucikach. W rożnych wariantach: białe zimne, białe ciepłe, kolorowe, z migającą “świeczką” na szczycie korka lub bez. Od jakiegoś czasu bardzo łatwe do kupienia w Polsce, kwerenda na Allegro to korek lampki, są też w popularnych chińskich sklepach.

Montaż jest do wykonania nawet przez dziecko: włożyć baterie do korka, potem włożyć sznur LEDów do butelki, zatknąć korek, włączyć. W przyciemnionym pomieszczeniu wygląda to bardzo fajnie.

lampy butelki z korkami

Pierwsza wersja, butelki z korkami na baterie.

W tym miejscu moglibyśmy zakończyć, ale oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie zaczął kombinować.

Po pierwsze, nie lubię jednorazowych baterii. Nie lubię ich co chwilę kupować, a jeden taki korek potrzebuje trzech LR44, przy pięciu butelkach to piętnaście sztuk na jeden wsad, podczas kiedy wystarczają na dzień, może dwa. Nie lubię świadomości generowania śmieci które albo zatruwają wysypiska albo są trudne w recyklingu. Dlatego pierwszą przeróbką jaką zrobiłem w tych korkach było wsadzenie akumulatorków litowo-jonowych w rozmiarze 10180, mających bardzo zbliżone wymiary do stosu trzech LR44. Napięcie jest bliskie, zamiast 4.5V stosu baterii mamy nominalne 3.7V akumulatorka, realnie 4.2V przy w pełni naładowanym, co wystarcza do zaświecenia wszystkich LEDów także w wariancie wielokolorowym. Przez odrobinę większą długość akumulatorków przycięcia wymagały sprężyny dociskające w korkach. Potem jeszcze tylko zmontowanie prostej ładowarki i voila - nie muszę już kupować baterii!

Po drugie, akumulatorki litowo-jonowe okazały się mieć sporą wadę, zwłaszcza w wariantach wielokolorowych. W miarę rozładowywania gasły kolejne kolory, z czego niebieskie najszybciej (wręcz chwilę po włączeniu), do końca zostawały zielone i czerwone. Jednak 3.7V to nie to samo co 4.5V. Dlatego mało inwazyjnie – tak żeby wciąż można było wrócić do baterii lub akumulatorków – dolutowałem do korków gniazdka micro-USB (mam mnóstwo tych kabli od kiedy telefony odeszły od tego złącza na rzecz USB typu C) z diodą obniżającą napięcie z 5V (USB!) do 4.4V. I także działa, i mogę teraz każdą z butelek po prostu zasilić z powerbanka. Cały pokazujący to filmik wrzucę wkrótce (TM) na Youtube.

Po trzecie, w tym roku sprawdziłem że zamiast opisanych wyżej przeróbek korka można po prostu kupić gotowe, dłuższe sznurki, z kablem USB. Pięć metrów LEDów wystarcza spokojnie na wypełnienie co najmniej trzech butelek stojących obok siebie i daje dość światła żeby postawić w wybranym miejscu zamiast lampy. I zasilać dowolnie, z powerbanka czy ładowarki. Zdjęcie mam akurat wersji z białym światłem, kolorowa wygląda jeszcze fajniej.

lampy butelki ze sznurkiem usb

Druga wersja, butelki ze wspólnym sznurkiem LED zasilanym z USB.

Pięciometrowe sznury z kablem USB kupiłem w chińskim sklepie, ale z tego co teraz widzę można je też kupić na Allegro, są nawet warianty sterowane pilotem. Wystarczy wejść w kategorię “Ozdoby świąteczne i okolicznościowe” a następnie w wyszukiwarce wpisać “USB”.

Wesołych Świąt!

Etui na kieliszek Krosno

Sporą frajdą jest smakowanie whisky z dala od miejsca zamieszkania. Inne powietrze i krajobrazy, często też odprężenie, skutkują odkrywaniem nowych smaków w niby już znanych butelkach, bywa że średnia-w-domu whisky w innym otoczeniu będzie o wiele fajniejsza.

O ile przewożenie butelek nie stanowi większego problemu, o tyle ze szkłem degustacyjnym już słabiej. Do popularnych w Polsce i będących standardem na festiwalach kieliszków tulipanowych Krosno o pojemności 100ml (dawna nazwa “Kieliszek do whisky Simple”, aktualna nazwa “Kieliszek do degustacji whisky Epicure”) zwyczajnie nie ma dedykowanych etui, pozwalających je bezpiecznie i bez obaw przewieźć w dowolnym bagażu. Trzeba więc rzeźbić: znaleźć w domu najbardziej pasujące pudełko, owinąć folią bąbelkową czy co tam się znajdzie, ewentualnie dopasować kartonowe tuby od butelek 200ml (te od Glenfiddichów pasują), ze wszystkimi wadami kartonu.

Kieliszek i etui

Etui pasuje jak zaprojektowane pod ten kieliszek. Bo takie właśnie jest.

Postanowiłem zaatakować ten problem obecną od jakiegoś czasu w firmie drukarką 3D. Zmierzyłem główne miejsca tego kieliszka i zaprojektowałem tubę ze sztywnego plastiku.

Otwór w dnie w który wchodzi stopka poprawia trzymanie boczne, podobnie jak wchodzący w kieliszek od góry cylinder nakrętki, dzięki temu kieliszek nie telepie się na boki. Zostają wolne milimetry między czaszą a ścianką na ewentualnie dołożenie cienkiej tekturki czy tkaniny. Materiał wydruku dowolny, osobiście preferuję PLA bo jest to materiał najtańszy, najprostszy do drukowania i najbardziej ekologiczny (bioplastik otrzymywany z mąki, recyklowalny, biodegradowalny).

Trochę już to etui testowałem, jedno nawet oddałem, i spisuje się.

Pliki STL na wolnej licencji (CC-BY) umieściłem na Thingiverse a krótką demonstrację na Youtube.

Mam nadzieję że się przyda!

Jaki prezent kupić miłośnikowi whisky?

Jest lato, sezon imprez plenerowych, urodzin, imienin, rocznic czy wreszcie ślubów. Niełatwo trafić z prezentem, dlatego częstym i bezpiecznym wyborem jest dobry alkohol, ze względu na aktualną modę to zazwyczaj oznacza whisky. Czasem też wiadomo że obdarowywany whisky już zna i lubi, wtedy mamy szerszy zakres zakupów ale i większe ryzyko że prezent będzie nietrafiony.

Oto mój mały, subiektywny przegląd możliwych prezentów dla miłośnika whisky, w kolejności losowej i dla różnych etapów uprawiania tego hobby.

Przykładowe prezenty

Przykładowe prezenty opisywane w tej notce: próbki, książka, szkło, kamienie.

Kamienie do whisky, zazwyczaj z granitu lub steatytu (soapstone), czyli sposób na schłodzenie whisky bez jej rozcieńczania. Nie znam nikogo kto by używał kamieni do chłodzenia whisky: pijąc whisky w drinkach albo bez większego skupienia na zapachu i smaku ta odrobina wody z kostek lodu nie robi różnicy, a jeśli robi to na plus, bo lekkie rozcieńczenie whisky zwiększa parowanie substancji odpowiedzialnych za ciekawe zapachy. Przy degustacji jakiekolwiek schładzanie, czy to lodem czy kamieniami, jest przeciwskuteczne bo zmniejsza parowanie i tym samym “zamyka” aromat. Po prostu nie.

Piersiówka sama z siebie jest prezentem niezłym, byle była dobrej jakości. Zestaw złożony z butelki taniego blendu i piersiówki lepiej odpuścić na rzecz samej piersiówki dobrej jakości. Fajne są zestawy z lejkiem (zawsze się przyda) i dwoma stalowymi naczynkami, dobre na podróż, byle nie w wersji teleskopowej. Z piersiówką jak z portfelem, jednocześnie nosi się tylko jedną, więc jeśli obdarowany już taką ma lub może mieć to lepiej poszukajmy innego prezentu.

Skoro już jesteśmy przy zestawach to zajmijmy się często spotykanymi w sklepach pudłami.

Szklanki do whisky to prezent który raczej odradzam. Dwie proste szklanki, zwane short tumbler albo old fashioned glass, z logo jakiejś whisky, są fajne za pierwszym razem. Trzy takie pary, każda z innej parafii, raczej irytują. Szklanki do picia drinków są w każdym domu w którym pija się cokolwiek. Wyjątkiem może być większy zestaw, czterech albo sześciu sztuk w jednolitym wzornictwie.

Szkło degustacyjne. Za to porządne szkło degustacyjne, zwężane u góry, jak na przykład Glencairn czy Arran Glass, to zawsze dobry pomysł: wprowadzą w świat degustowania whisky lub pozwolą obdarowanemu wprowadzić koleżanki i kolegów. Do tego mają różne pojemności i kształty. Żeby wiedzieć jakie szkło będzie okej a jakie kiepskie, warto przeczytać teksty o szkle do picia whisky na blogu ZInnejBeczki, część pierwsza i druga. Standardem w Polsce, ładnym i spełniającym świetnie swoją rolę, do tego o bardzo rozsądnej pojemności 100ml i przystępnym cenowo, są kieliszki do whisky Krosno Simple. Zapewniam was że takie kosztujące trzydzieści złotych pudełko sprawi entuzjaście whisky więcej frajdy niż butelka za dwa razy tyle.

Butelka whisky w zestawie ze szkłem to prezent z kategorii “to zależy”. Jeśli owe szkło to proste szklanki – patrz wyżej, raczej odradzam. W zestawie ze szkłem degustacyjnym – raczej polecam, zwłaszcza że zazwyczaj są z niezłymi whisky w pudełku (Kilchoman ma taki zestaw z Glencairnem, Glenfiddich Explorer Pack zawiera solidny kieliszek tulipanowy). Całe to “raczej” zależy od butelki jaka jest w zestawie, więcej o butelkach niżej.

Karafka w zestawie ze szklankami – o szklankach już wyżej. Sama karafka fajnie wygląda i jest elegancka, wydaje się więc prezentem idealnym. Ale! Uwaga na karafki z kryształu zawierającego ołów (czyli wszystkie kryształy bez jasnego opisania “kryształ bezołowiowy”), nie powinno się w nich trzymać alkoholu przez dłuższy czas ze względu na rozpuszczanie ołowiu w płynie. Takie karafki nadają się do napełnienia na jeden wieczór, czyli raczej do wina, a nie do typowego obrazka karafki z whisky stojącej tygodniami w pokoju. Dokładniejsze dane o ołowiu w karafkach można znaleźć w artykułach na ScotchAddict i The Nibble.

Bilet na festiwal lub degustację to świetny prezent dla entuzjasty niezależnie od poziomu zaawansowania. Ważne żeby wydarzenie było odpowiednio odsunięte w przyszłość żeby zmniejszyć ryzyko kolizji z planami oraz dać możliwość przekazania komuś biletu w razie gdyby kolizja jednak wystąpiła (albo się okazało że obdarowany bilet już ma).

Książka o whisky, oczywiście jeżeli obdarowany danego tytułu nie ma, będzie strzałem w dziesiątkę. Właściwie nie ma na tym rynku pozycji które bym odradzał. W polskich sklepach można kupić np. “Whisky Vademecum” Jarosława Urbana czyli całkiem niezłe wprowadzenie i przegląd whisky z całego świata, w Empiku pojawia się polskie wydanie “Whisky. Leksykon Smakosza” Davida Wisharta która jest znakomitym opracowaniem o szkockich single maltach (wszystkie destylarnie wraz z profilem smakowym podstawowego wypustu). Kiedy w grę wchodzi literatura anglojęzyczna, fanowi bourbonów podejdą książki Charlesa Cowdery’ego oraz “Bourbon Empire” Reida Mitenbulera, a do tego coroczne wydania “Whisky Bible” Jima Murraya oraz “Malt Whisky Yearbook” pod redakcją Ronde Ingvara. Doskonałą pozycją dla początkujących (i nie tylko) jest “101 Whiskies To Try Before You Die” Iana Buxtona.

Butelka whisky dla entuzjasty whisky wydaje się prezentem oczywistym póki nie zadamy sobie dwóch pytań. A jeśli już ma taką butelkę? A jeśli nie lubi akurat tej albo tego stylu? Jeśli nie wiemy jakie whisky lubi obdarowywany, jakich nie lubi, jakich nie ma i jakie chciałby mieć – lepiej odpuścić. Ale skoro już musi być butelka, oto kilka wskazówek których warto się trzymać. Wskazówka pierwsza i podstawowa: butelka musi być oddawalna komuś innemu, więc darujmy sobie grawery i nadruki typu “Marianowi – koledzy”, a dzięki temu nawet nietrafiony prezent ma szansę przydać się obdarowanemu. Wskazówka druga: darujmy sobie kupowanie butelki jeśli mamy budżet poniżej sto złotych, naprawdę ciężko trafić poniżej stówy coś co entuzjastę ucieszy (lepiej wtedy kupić szkło, patrz wyżej, lub miniaturki, patrz niżej). Wskazówka trzecia: zorientujmy się chociaż ogólnie czy obdarowany jest fanem whisky szkockich czy amerykańskich, to są różne zestawy smaków i charakterów, a na pewnym etapie jest to bardzo dla entuzjasty ważne. Wskazówka trzecia: dla fanów szkockich istnieje kilka pewniaków które zawsze ucieszą, są łatwo oddawalne dalej i nawet pojawiają się na degustacjach “wypasów” jako rozbiegówki. Te pewniaki to łagodne i przystępne single malty, na przykład Glenfiddich, Glenlivet, Auchentoshan, Singleton of Dufftown, Cardhu, właściwie dowolne ale koniecznie w wersji z podanym wiekiem.

Miniaturowe butelki whisky o pojemności 50ml lub 200ml to pewniak, niestety nie tak dostępny jak pełnowymiarowe butelki. Ładnie wyglądają na półce, nawet jeśli obdarowany już ma akurat tę whisky to posłuży mu na podróże, są też idealnym sposobem nabycia whisky droższych w niższej cenie dla zorientowania się czy warto kupić całą butelkę. Dostałem raz w prezencie butelkę 200ml Kavalana i był to najlepszy whisky-prezent jaki mi się przytrafił: objętość wystarczyła do nacieszenia się zawartością i podjęcia decyzji że dużej butelki 0,7L nie kupię. Rewelacją są zestawy małych butelek, na przykład Glenfiddich Explorer Pack który w wygodnym pudełku zawiera trzy butelki 200ml podstawowej linii Glenfiddich (12, 15 i 18-letnia) oraz porządny kieliszek degustacyjny, na inny przykład The Classic Malts które w ładnej tekturowej szkatułce zawierają trzy single malty o konkretnym charakterze. Tu niestety jest kiepsko z dostępnością: miniaturki 50ml można dostać w niektórych stacjonarnych sklepach (M&P, Smacza Jama) i internecie, butelki 200ml są obecne na niektórych lotniskach oraz w sklepach internetowych, wyżej wymienione przykładowe zestawy są do dostania właściwie wyłącznie w sklepach internetowych.

Wersja dla zaawansowanych to próbki rzadszych, droższych czy ciekawszych whisky, nawet nalane do generycznej buteleczki i podpisane długopisem na etykiecie samoprzylepnej potrafią sprawić więcej radości niż kolejna butelka Glenfiddicha. Tylko że to zabawa dla zaawansowanych, trzeba znać kogoś kto ma owe rzadsze rzeczy i może rozlać lub dogadać się na forum czy fejsgrupie.

Jest jeszcze jeden pomysł na kupienie butelki: butelka dobrego alkoholu starzonego który nie jest whisky. Istnieją rumy, brandy, koniaki, kalwadosy które fana whisky zachwycą. Niestety to nie są te dostępne w każdym hipermarkecie: kupując rum albo brandy w hipermarkecie na 99% nie trafi się w gust fana whisky, rynki tych dwóch alkoholi w Polsce są raczkujące w porównaniu do rynku whisky i w hipermarketach dostępne są po prostu produkty najtańsze, przeznaczone do mieszania w drinkach. Co oznacza tutaj nie obędzie się bez wizyty w sklepie specjalistycznym albo dopytania innych entuzjastów, ale to dobrze. Jeśli chodzi o rumy, polecam listę rumów do picia solo od Rum Fanatica oraz degustację rumów na ZInnejBeczki. Generalnie ta kategoria wymaga lepszego przygotowania, ale też ma potencjał zrobienia zaskakująco dobrej niespodzianki. Wkrótce zamieszczę tu listę kilku rumów i brandy które mnie jako fana whisky zachwyciły. Tamten jeden procent szansy na dobre trafienie w hipermarkecie to diageowy Ron Zacapa Solera 23, wyjątkowo wspominam o nim tutaj bo dedykowanej notki nieprędko się doczeka: butelka mi szła tak szybko że ledwo do przyjaciół dowiozłem celem wspólnej degustacji.

I na koniec prezentowa rada ostateczna od Kapitana Oczywistego: warto po prostu zapytać co obdarowywany chciałby dostać w prezencie.

Przegląd rumów imienia Bushmastera

Zestaw seriali spod znaku Marvel’s Defenders, czyli owoc współpracy Marvela z Netflixem, produkuje seriale zwyczajnie dobre (dżentelmeni nie rozmawiają o pierwszym sezonie Iron Fista), a do tego bogate kulturowo i inspirujące do lektur na różne tematy. Jest końcówka czerwca 2018, kilka dni temu na Netflixie pojawił się drugi sezon Luke’a Cage’a i podobnie jak wcześniej przy drugim sezonie Dżesiki, a nawet bardziej, zwracam uwagę na tło. W Dżesice oznaczało to chłodne kadry i sporo różnych whisky, u Luke’a oznacza to mnóstwo ciekawej muzyki (pełniącej ważną rolę w scenach) i trochę podglądania alkoholi.

Nie będe się tu zajmował wódką pitą szklankami przez Marion Dillard, JW Black Label pitym przez Misty (blendy JW dostaną tu dedykowany wpis), ale zatrzymam się na chwilę przy rumach. Grany przez Mustafę Shakira główny antagonista sezonu, Bushmaster, “robi” ten serial i potwierdza tezę że o jakości kina superbohaterskiego decyduje jakość antagonisty. Postać pochodzi z Jamajki z której pochodzi sporo dobrych rumów. Swoją ksywę Bushmaster też wziął od rumu, tak tajemniczego że jego recepturę znały tylko dwie osoby, “obie już martwe”. Z tego powodu, oraz ze względu na gorące upały jakie przetaczają się przez Polskę, do wieczornego oglądania Cage’a doskonale pasuje dobry rum starzony. Wyciągnąłem więc z barku na mały przegląd.

Bushmaster i rumy

Bushmaster, podobnie jak ja, mówi tym rumom "Tak.".

Wszystkie te rumy są beczkowane przynajmniej kilka lat, niedoprawiane, mało kolorowane i mało dosładzane. Dlatego można je pić jak whisky: same lub z wodą czy lodem. Do drinków lepiej używać rumów młodszych i prostszych, chyba że mowa o koktajlu który nie przykrywa zapachu i smaku użytego alkoholu, jak klasyczne Old Fashioned czy Sazerac.

Appleton Estate 12yo Rare Blend to jedyny rum jaki aktualnie mam pochodzący z Jamajki właśnie. Jest bogaty, drewniany i herbaciany, z tak lubianymi w whisky aromatami cytrusów i jabłek które świetnie pasują do jego umiarkowanej słodkości.

Foursquare 2004 jest rumem z Barbadosu który miłośnicy whisky polecają sobie nawzajem. Spędził w beczkach 11 lat i został prosto z beczki zabutelkowany z mocą 59%. Gdybym nie wiedział że jest rumem, obstawiłbym że jest dobrym, ciekawym, słusznego wieku i przyjaznym bourbonem. Nie jest dosładzany i oferuje prawdziwą feerię aromatów: wanilia, owoce tropikalne, porzeczki, przyprawy, drewno, skóry, owoce suszone. Ten rum przekonał mnie że po modzie na whisky nadejdzie moda na rumy, w pełni zasłużona.

Mount Gay XO to kolejny rum z Barbadosu który w beczkach po bourbonie spędził od 8 do 15 lat. Destylarnia o przeciekawej historii – to na wyspie Barbados rozpoczęto masową produkcję rumu w Nowym Świecie a Mount Gay jest najstarszą do dziś działającą destylarnią rumu. W zapachu i smaku jest Mount Gay XO świetny, złożony, pełny owoców (banany, ananasy, rodzynki), wanilii i z odrobiną przypraw.

Brugal 1888 to rum z Dominikany, starzony 14 lat, wpierw w beczkach po bourbonie a potem po najsłodszym sherry Pedro Ximenez. Jak widać jeszcze go nie otworzyłem ale recenzje na RumRatings są bardzo obiecujące, stawiające go na poziomie wyżej wymienionych, niemniej notek smakowych brak. Pojawią się jak tylko go otworzę! (dopisane dwa tygodnie później) Sprezentowałem go koleżance która zachowała się stylowo, od razu go otworzyła i spróbowaliśmy. Jest znakomity, owocowy, słodkawy (ale nie ulep), rodzynkowy, z wyraźnym wypływem beczek po sherry, bardzo przyjemny.

Whisky And Friends 2018

Czternastego kwietnia odbyła się kolejna edycja festiwalu Whisky & Friends organizowanego przez M&P, firmę znaną z importowania mnóstwa dobrych alkoholi i sieci sklepów z trunkami.

Whisky And Friends 2018 kolaż pierwszy

Były whisky popularne, whisky rzadkie i zupełnie-nie-whisky także warte spróbowania.

To już trzecia edycja Whisky & Friends, mam porównanie wyłącznie z poprzednią z roku 2017. Festiwal wyraźnie urósł, w tym roku hotel Courtyard jeszcze komfortowo mieścił imprezę ale jeśli będzie dalej tak rosnąć to w roku 2019 powinna już się odbyć w większej przestrzeni żeby nie powtórzyć błędu Whisky Live Warsaw 2016 (świetny festiwal w tłoku). W każdym razie miejsca wystarczało, można było znaleźć kawałek stolika do spróbowania zawartości kieliszka w spokoju i to najważniejsze.

Ogólnie pod względem organizacji Whisky & Friends 2018 był festiwalem bez wad. Stoiska były łatwe do odnalezienia, wody było pod dostatkiem, kieliszek zamiast na smyczy był w kangurku razem z pipetką, sprzedaż kuponów została zorganizowana tak że nie tworzyły się kolejki.

Nastawiłem się raczej na próbowanie podstawek których nie znam, jak pisałem w relacji z ostatniego Festiwalu Whisky w Jastrzębiej Górze uważam festiwal za kiepską okazję do próbowania whisky bogatych, złożonych, zasługujących na dłuższą degustację w spokojnej atmosferze. Ale trochę kuponów nabyłem, czasem się zdarzają festiwalowe okazje niedostępne już w sklepach.

Na rozbieg spróbowałem trochę nieznanego mi dotąd rumu Wild Tiger reserve. Okazał się słodkim ulepem, niczym krówka rozpuszczona w alkoholu, czym zmusił do długiego płukania podniebienia wodą i poprawienia czarną kawą w hotelowej restauracji.

Po wstępnym obejściu stoisk postanowiłem skorzystać z tego że jestem jeszcze w miarę trzeźwy i niezużyty i wydać trochę kuponów na stoisku Loży Dżentelmenów gdzie zaciekawiła mnie niedostępna już butelka BenRiach 1999 15yo, zabutelkowana przez Lożę Dżentelmenów w roku 2014 z okazji piętnastej rocznicy wstąpienia Polski do NATO. Nie jestem jakimś wielkim fanem BenRiach, ale zaciekawiło mnie leżakowanie destylatu w beczce z nowego białego dębu, czyli tak jak starzone są amerykańskie whiskey. I rzeczywiście w zapachu była bardzo bourbonowa (wanilia, miód), ale też trochę zapachu masła i siana (częste w szkockich single maltach). W smaku słodka, drewniana, żywiczna i raczej wytrawna. Z długim i miłym finiszem. Bardzo fajna whisky, szkoda że nie do kupienia. Ale wystawia dobre świadectwo butelkom Loży Dżentelmenów.

Swoją drogą polecam youtubowy kanał Loży, Artur zajmuje się tam degustowaniem raczej dostępnych whisky w fajny, nieprzesadzony sposób. Jest moim drugim ulubionym whisky jutuberem, zaraz po bezkonkurencyjnym Ralfym.

Żeby nie odchodzić daleko trzecim kieliszkiem był Inchmurrin 2003-2017, także zabutelkowany przez Lożę Dżentelmenów. I znów, jak nie jestem wielkim fanem destylarnii Loch Lomond (marki Loch Lomond, ale też Inchmoan i Inchmurrin), tak ten Inchmurrin okazał się bardzo sympatyczny. W zapachu słodycz, bourbonowa wanilia-z-miodem, siano i herbata. W smaku jak czarna herbata z miodem, ale też trochę słodkiej śmietanki. Ze średnim finiszem.

Trzymając się whisky w mocy beczki i szybko wyczerpując świeżość i trzeźwość, poszukałem czegoś ciekawego na stoisku irlandzkiej Walsh Distillery którą bardzo szanuję nie tylko za single malty The Irishman, ale przede wszystkim za rewelacyjną linię Writer’s Tears. W kieliszku jako czwarta tego dnia wylądowała The Irishman Cask Strength czyli mieszanina whiskey single malt i single pot still, w mocy 54%. W zapachu słodka, bourbonowa, ale też owocowa (ananas). W smaku słodkie ciasteczko, ananas, daktyle. Ze slodkim, średnim finiszem. Świetna, taka pełniejsza i bogatsza wersja lubianej przeze mnie Writer’s Tears pot still blend.

Ponieważ festiwale uważam raczej za okazje do spróbowania różnych nowych alkoholi a nie drogich i złożonych whisky zasługujących na dłuższą kontemplację, postanowiłem zapoznać się z rumami które od niedawna trafiły do oferty M&P. Ron Barcelo Imperial w ładnej płaskiej butelce, starzony osiem lat w beczkach z nowego dębu, okazał się w zapachu słodki i bourbonowy (wanilia, miód, jabłka), ale też z trawiastym i ziołowym akcentem, charakterystycznym dla rumów agricole (z soku z trzciny, a nie jak większość rumów z melasy). W smaku słodkość, dojrzałe owoce (daktyle, banany), kawa i orzechy. Świetny, zdecydowanie mam na liście rumów do kupienia całej butelki.

Na pobliskim stoisku sprobówałem o wiele młodszego Karukera Rhum Gold. W zapachu mokre owoce, młody alkohol, żywiczny i trawiasty, kompot z pigwy. W smaku kompotowy, z cytrusowym finiszem. Ogólnie młody rum, nic specjalnego, zdecydowanie bardziej do drinków niż picia na czysto.

Po sześciu porcjach, z czego połowa w mocach beczek, postanowiłem zrobić krótką przerwę na obiad i przewietrzenie.

Powrót na festiwal rozpocząłem od alkoholi niestarzonych. Buffalo Trace White Dog Rye Mash, czyli trunek który za kilka lat beczka pozwoli nazwać rye whiskey, okazał się dość straszny. W zapachu warzywny i rosołowy, w smaku miał tę żytnią korzenność, za to finisz nieprzyjemny, zostający w gardle, z kwaśno-medycznym posmakiem a’la aspiryna. Buffalo Trace White Dog #1 Mash czyli punkt startowy głównego produktu, Buffalo Trace Bourbon, już był trochę przyjemniejszy: w zapachu guma donald, warzywa i mokry chleb, w smaku rozgrzewający i wytrawny, z raczej przyjemnym finiszem. Oba te trunki to raczej ciekawostka edukacyjna dla entuzjastów niż coś co bym polecił komukolwiek do picia.

Pozostając na stoisku koncernu Sazerac i rozmawiając z przemiłym brand ambassadorem, spróbowałem ich nowego wypustu, kanadyjskiej whisky Caribou Crossing Single Cask Canadian Whisky. Łagodna, słodka, lekko żytnia, kwiatowa i trochę kojarząca się z whisky luksusowymi ale jednak mająca zbyt mało charakteru żeby uzasadniać te dwie stówy za butelkę. Duży szacunek za odwagę, kanadyjskiej single cask nigdy wcześniej nie widziałem. Mam nadzieję że kraj liścia klonowego skorzysta z uwagi jaką dostał dzięki wygranej Crown Royal Northern Harvest Rye w Biblii Murraya i pokaże trochę ciekawszych whisky.

Kontynuując eksperymenty zaszedłem na stoisko koniaku François Voyer gdzie, ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu, stał sam maître de chai (mistrz piwnicy, odpowiednik master blendera, odpowiedzialny za kupażowanie) tego koniaku i znakomicie się z nim rozmawiało. Przeczył wszystkim stereotypom jakie narosły wokół koniaku, mówił świetnie po angielsku i jeśli tak wygląda nowe pokolenie mistrzów piwnic to koniak ma przed sobą dużą przyszłość, szerszą niż sztywniacka nisza. Na pierwszy ogień spróbowałem koniaku podstawowego, François Voyer VS, który w zapachu miał kwaśne owoce (winogrona, jabłka, cytrusy) i trochę herbaty, w smaku był drewniany, przyprawowy i wytrawny, z krótkim i delikatnym finiszem. Fajna rzecz ale nie powalająca. Za to moje notki po spróbowaniu François Voyer Napoleon składają się z napisanego wielkimi literami na pół strony notesika “KUPIĆ!”, co zresztą zrobiłem zaraz po festiwalu, bo bogactwo smaków i zapachów, połączone z przyjaznością, wybiło mnie z butów.

Whisky And Friends 2018 kolaż drugi

Stoisko koniaku François Voyer było pozytywnym zaskoczeniem nie tylko ze względu na obecność samego maître de chai.

Skoro koniak to postanowiłem też sprawdzić polecane przez Ralfy’ego brandy Ararat 10 years old. Rzeczywiście bardzo przyjemne, owocowe (śliwki!) i złożone, z dobrą równowagą między słodkością a kwaskowatością. Zasługuje na dłuższą degustację.

Trochę z ciekawości a trochę dla poluzowania organizmowi (12 porcji!) zaszedłem na stoisko z sherry Estevez. Ich Estevez Oloroso Sherry miało fajne połączenie zapachu i smaku chleba żytniego z typowymi dla sherry rodzynkowo-owocowymi aromatami, było przyjemnie wytrawne. Estevez Manzanilla Sherry było nie tylko wytrawne ale i lekko mineralne, bardzo ciekawe i z zostawioną w notesiku adnotacją “KUPIĆ?”.

Na koniec zaciekawiło mnie stoisko Lost Distillery, firmy która mieszając istniejące szkockie whisky słodowe próbuje odtworzyć profile whisky z zamkniętych już szkockich gorzelni. Bardzo ciekawy i szlachetny pomysł. Spróbowałem Towiemore Classic która łączyła owocowość, słodkość i lekką słonawość z lekkim dymem, była łagodna i całkiem fajna. Stratheden Classic była bourbonowata a poza tym słód, siano, masło i lekka słonawość, podobna do niektórych eksperymentów gorzelni Loch Lomond i Springbank. Auchnagie Classic okazała się młoda, ostra, maślano-oleista i fuzlowata.

Uznałem że siedemnaście porcji alkoholu wystarczy na jeden dzień festiwalu, moje notki traciły na szczegółowości więc nastąpił czas zawinięcia do domu i picia już tylko wody przez resztę dnia. Oraz planowania odwiedzin kolejnego festiwalu!