Festiwal Whisky 2017

Byłem już na kilku imprezach organizowanych wokół whisky. Po każdej z nich słyszałem od osób bardziej doświadczonych że Festiwal Whisky, organizowany przez Dom Whisky w Jastrzębiej Górze od czterech lat, pozostaje niedoścignionym wzorem takiej imprezy. W zeszłym roku nie udało mi się pojechać, w 2017 byłem zdecydowany żeby Jastrzębią Górę odwiedzić, mimo niechęci do kurortów bałtyckich w sezonie letnim.

W piątek 25. sierpnia wysiadłem z pociągu relacji Gdynia-Władsysławowo, podjechałem lokalnym autobusem do Jastrzębiej Góry i po zostawieniu bagażu w pensjonacie popędziłem na teren festiwalu. Było już po południu a liczba wystawców i atrakcji sugerowała że będę miał sporo do nadrobienia!

kolaż

Trafiły się zarówno whisky stare, o ugruntowanej pozycji, jak i tak młode że jeszcze nawet nie mają otwartej destylarni.

Pierwsze co zrobiło na mnie wrażenie to lokalizacja, żadna zatłoczona sala w hotelu tylko mała “wioska” pod gołym niebem, pozwalająca korzystać z idealnej pogody (ciepło, sucho ale bez upału). Drugie wrażenie to przegląd festiwalowej książeczki: mnóstwo wystawców, właściwie wszyscy znaczący importerzy i osobiście brakowało mi tylko przedstawicielstwa Compass Box. Niestety mapka była mało czytelna.

Zamiast typowej dla festiwali oferty konkretnych butelek nalewanych w cenie biletu, tegoroczny Festiwal w Jastrzębiej Górze poszedł w książeczki z kuponami. Pozwoliło to zapobiec blokowaniu stoisk i opróżnianiu “darmowych” butelek przez zawodników mających ochotę na spicie się. Niestety w połączeniu z nieczytelną mapką stoisk i brakiem widocznych numerów na stoiskach oznaczało to częste trudności w znalezieniu kuponu na whisky ze stoiska przy którym się akurat stało. Sam pomysł jest niezły i nie zasługuje na objechanie jakie zebrał w niektórych relacjach. Na zjechanie za to zasługuje połączenie tego pomysłu z kiepską mapką i brakiem numeracji.

Postanowiłem że w miarę możliwości będę się trzymał whisky kuponowych. Festiwal nie jest dobrym miejscem na próbowanie wiekowych, drogich, bogatych i zasługujących na półgodzinną kontemplację whisky.

Numerem jeden pierwszego dnia była dla mnie pozycja znana i lubiana, dwunastoletnia Aberfeldy, jako że stoisko z ofertą Dewar’s znajdowało się blisko wejścia i to jest najlepszy na rozbieg single malt z ich oferty. Łagodna i przyjazna, z zapachem dojrzałych jabłek, cukrów słodowych i wanilii.

Potem poszedłem do dużego namiotu szukając stoiska Wolf Distillery, bardzo kibicuję temu projektowi i szanuję za nieustające eksperymenty, w tym destylowanie whisky nie tylko ze słodu jęczmiennego. Na początek spróbowałem White Wolf czyli niebeczkowanego destylatu żytniego. Zaskakująco łagodna jak na żytni alkohol, w zapachu sporo miękkich, kompotowych owoców. Kolejny kieliszek to Rye Whiskey 3yo czyli ten sam destylat po trzech latach w beczce. Znów zaskakująco łagodna, miękkie owoce, lekko kwiatowa (woda różana), odrobina drewna. Mam nadzieję że Michał ujawni publicznie jak uzyskał tak łagodny destylat ze słynącego generalnie z ostrości i przyprawowych akcentów żyta.

Po powrocie na plac i odświeżeniu zorientowałem się że generalnie na festiwalu brakuje wody do picia między kolejnymi rundami whisky. W połączeniu z ciepłą, słoneczną pogodą zwiastowało to katastrofę. Na szczęście na stoisku Jack Daniel’s wody butelkowanej nie brakowało, to mnie uratowało. Ogólny brak wody i konieczność korzystania z uprzejmości obsługi stoiska JD to jedyny poważny zarzut jaki mam pod adresem tegorocznego Festiwalu. Paradoksalnie nie brakowało wody do mycia kieliszków w samoobsługowych maszynach.

Odwiedziłem stoisko Highland Park i Macallan. Niestety w Polsce wciąż oficjalnie nie powróciły Macallany z oznaczeniem wieku (zaczynają wracać na rynki zachodnie, na szczęście) więc moim czwartym kieliszkiem został Highland Park 10yo. Łagodny single malt, poprawny ale nic ciekawego. Szkoda bo marketing i design opakowań mają pierwsza klasa.

Stoisko Grant’s miało zapierającą dech wystawę kolekcji blendów Grant’s, uciąłem z właścicielem tej kolekcji (niestety nie zapamiętałem imienia) krótką pogawędkę i w ramach rozmowy o zasiarczeniu Grant’s Family Reserve spróbowaliśmy po kieliszku. Okazała się ostra i owocowa ale pozbawiona siarki, co pozwala mieć nadzieję że moje złe doświadczenia z Grant’s Family Reserve były kwestią tymczasowego spadku formy i zabutelkowaniem nieudanych eksperymentów.

kolekcja Grant's

Imponująca kolekcja blendów Grant's ze wszystkich epok, pozbierana przez Polaka.

Wróciłem potem pod namiot gdzie M&P miało między innymi niepróbowaną jeszcze przeze mnie japońską whisky Nikka Blended. Zanotowałem dojrzałe owoce, kwiaty (woda różana), płatki zbożowe (muesli), jak Nikka All Malt ale bez tego lekkiego dymu, za to z wyczuwalnym zbożem. Ogólnie bardzo fajna, kupiłem butelkę niedawno i zdecydowanie wolę Blended od All Malt.

Pozostając w namiocie spróbowałem też, zachęcony przez książkę “101 Whiskies to try before you die” Iana Buxtona, amerykańską whiskey kukurydzianą – nie bourbona – Mellow Corn. Była zaskakująco łagodna, pachniała wanilią, miodem, popcornem i kukurydzą z wody. Rzeczywiście zaskakująco dobra i łamiąca negatywne stereotypy o bimbrze z kukurydzy. Szkoda że polska cena, sięgająca stu złotych, to spora różnica względem dwunastu dolarów – a tyle ta whiskey kosztuje w USA.

Potem poszedłem na prowadzoną degustację – nie lubię określenia “masterclass”, jest pretensjonalne – “Grant’s: dekompozycja blendu” prowadzoną przez polskiego ambasadora marki, Mateusza Zabiegaja. Była to degustacja ślepa, z zawartością kieliszków ujawnianą dopiero po spróbowaniu i zebraniu notek smakowych. Uwielbiam!

W pierwszym kieliszku zanotowałem: ciastko kremówka, creme brûlée, banany, mango, wanilia, masło, popcorn, cytrusy. Takie notki wskazywały na grain whisky, na dodatek z zawartością kukurydzy. I rzeczywiście, okazała się to Girvan single grain 28yo, z czasów kiedy zacier Girvan składał się z pszenicy i kukurydzy (współcześnie Girvan to destylat z pszenicy, bez kukurydzy).

Drugi kieliszek był jeszcze bardziej zaskakujący, zanotowałem: gotowane owoce, dżem z brzoskwiń, dżem z moreli, cytryna, wanilia; smak: owocowy, goździki, biały pieprz (przyprawowa); finisz długi i “dżemowy”. Okazało się że to Glenfiddich single malt 26yo, a Mateusz wyjaśnił że brzoskwinie i morele w zapachu to kwestia dłuższego dojrzewania w beczce. Rewelacja.

Trzeci kieliszek to wyprawa w jeszcze innym kierunku. Moje notatki: wyraźne sherry: rodzynki, czerwone jabłka, dojrzałe winogrona, cytrusy (cytryna, limonka), przyprawy (goździk, cynamon), czereśnie, leśne owoce (poziomki, bez); lekko kawowy finisz. To wszystko wskazywało na whisky choć częściowo dojrzewającą w beczkach po sherry. I rzeczywiście, Mateusz ujawnił że to Balvenie single malt 25yo, sherry cask.

Czwarty kieliszek jako finał degustacji zorientowanej na poznanie Grant’s 25yo musiał zawierać tego drogiego, wiekowego blenda. Moje notatki: miękka, gotowane owoce (kompot: jabłka, agrest, porzeczki), drewno, herbata, lekki dym, ciemna melasa.

Świetnie się bawiłem na tej degustacji, przekroczyła moje oczekiwania i mam zamiar jeszcze kiedyś skorzystać z wiedzy Mateusza.

Dwunastym kieliszkiem na zamknięcie pierwszego dnia był oferowany za drobną dopłacą AnCnoc 18yo. Whisky bardzo dobra, zrobiła na mnie takie wrażenie że aż zapomniałem zrobić notatki.

Dzień drugi otworzyłem inną polską produkcją: przy wejściu do dużego namiotu dostępny był Langlander 3yo, pierwszy polski single malt. Whisky młoda, ostra, cukrowo-słodowa, przypominająca młode malty kontynentalne (jak niemiecki Glen Els czy wczesna Mackmyra), co oznacza rozpoczęcie od solidnego, kontynentalnego poziomu. Ale to zdecydowanie nie jest whisky warta 200zł za butelkę 0.7L, a tyle właśnie sobie życzą za pierwszą partię.

Na tym samym stoisku spróbowałem innego produktu destylarnii Piasecki: Bairille Honey Distillate czyli okowita miodowa starzona przez trzy lata w dębowych beczkach. Rewelacyjny produkt o zapachu i smaku nie tylko miodu ale też ziół i traw, z fajną wytrawnością bez utopienia w miodowej słodkości. Bardzo fajny i bardzo polski wkład w świat alkoholi starzonych, mam nadzieję że pojawią się inne destylaty tego typu. Po powrocie do domu okazało się że ma atrakcyjną cenę, kupiłem butelkę 0.5L w Lidlu za 59zł.

Trzeci kieliszek to znów stoisko M&P, spróbowałem od niedawna przez nich sprowadzanej irlandzkiej whiskey Writer’s Tears. Zanotowałem: łagodna, zielone jabłka, cukierki, jałowiec, wanilia, słodycz, dżem agresowy, ananas. Świetna whisky początkowa, tzn. zarówno dla początkujących jak i na początek wieczoru. Czuć unikalną dla Irlandii whiskey single pot still w składzie, o tym rodzaju whisky jeszcze się tutaj sporo pojawi.

Potem poszedłem zobaczyć stoisko Stilnovisti, zapraszające ładną fontanną z lodu. Mój czwarty kieliszek to Rage Whisky Invergordon single grain 10yo. Zanotowałem: bimber, spirytus, krem waniliowy, bimber, spirytus. Masakra, nie wiem dlaczego to zostało zabutelkowane.

Po czterech kieliszkach zrobiłem sobie małą przerwę ze spacerem na jastrzębiogórską plażę, kukurydzę z wody i inne specjały żeby organizm zapomniał o rage whisky.

Numer pięć to Jameson Cask Mates czyli Jameson finiszowany w beczkach po ciemnym piwie. Najpierw wyczułem dziwny zapach dymu – dziwny bo zupełnie niespotykany w whisky, gryzący jakby ktoś obok palił cygaro. Tak też się okazało więc uciekłem z kieliszkiem z dala od palących cygara żeby na spokojnie tego Jamesona spróbować. Jest generalnie jak podstawowy Jameson (w moim osobistym rankingu jeden z najlepszych podstawowych blendów) plus trochę dodatkowej słodyczy, lekko wytrawnej jak w kwasie chlebowym albo syrop ze słodu, oraz nut korzennych. Można.

Na szósty kieliszek, ostatni przed przerwą na obiad i drzemkę (kiepsko mi się spało bo Jastrzębia Góra w sezonie to bogata w głośne imprezy miejscowość), wybrałem dopłacanego Johnnie Walker Blue Label którego już zdążyłem zapomnieć. W zapachu świetna, złożona i bogata, dużo owoców (jabłka, brzoskwinie, rodzynki), trochę kwiatów. W smaku owocowo i bogato, z odrobiną dymu. Finisz bardzo długi, przyjemny, owocowo drewniany. Świetna whisky ale nie sześćset-za-butelkę-świetna.

Po powrocie z przerwy zostało mi jakieś pięć-sześć kieliszków do końca imprezy. Numerem siedem została Tamdhu single malt 10yo sherry cask. Notatki: ostra, ciężka (szeroko cięta?), kompot (jabłka, porzeczki); w smaku mocna i pieprzna, ściągająca; finisz piekący, przyprawowy i korzenny. Nie przypadła mi do gustu, nie wiem czy ta ostrość to kwestia zbyt krótkiego czasu w beczce czy zbyt szerokiego środka destylacji,

Ósmym kieliszkiem postanowiłem uczcić już oficjalny powrót Glenlivet 12 years old na polski rynek. Znam i uwielbiam ten charakter: owoce, przyprawy, zioła i orzechy. To mój ulubiony dwunastoletni single malt i bardzo się cieszę z jego powrotu. Zwłaszcza że formalnie go zastępujący Glenlivet Founder’s Reserve to whisky o zupełnie innym charakterze i po prostu o wiele mniej mi smakująca niż popularna dwunastka. Pogłoski o tym powrocie krążyły w środowisku entuzjastów ale patrząc na rozbudowę szkockich destylarni (o tym będzie dedykowany wpis) spodziewałem się że potrwa to jeszcze kilka lat.

Potem trafiłem do namiotu z wykładem na temat historii irlandzkiej whisky i Tullamore DEW który prowadził John Quinn, przesympatyczny global brand ambassador tej marki. Tam nalano mi kieliszek numer dziewięć, popularnego Tullamore DEW, irlandzkiego blendu znanego z łagodności i miodowo-trawiastego charakteru. John na moje pytanie czy Tullamore zamierza wypuścić swoją whiskey single pot still, stylu unikalnego dla irlandzkich, odpowiedział twierdząco, ale zastrzegł że potrwa to jeszcze kilka lat bo na razie najstarsze beczki ich single pot still są zaledwie trzyletnie (destylarnię otwarto w 2014).

Dziesiąty tego dnia kieliszek to Wemyss Lord Elcho blended whisky, blend o którym wcześniej nie słyszałem. W notatkach zapisałem: zielone jabłka, gruszki, siano, masło, cytryna, słodka, owocowo kwaskowata, przyjemna, pieprz, orzechy, pełna i drapiąca w finiszu. Ogólnie całkiem fajna.

Na koniec z racji mojej słabości do bourbonów trafiłem na jedno z największych na festiwalu stoisko Jim Beam. Wszystkie eksponowane tam butelki znałem z wyjątkiem jednej nowej: Jim Beam Extra Aged, nowa wersja czarnej etykiety, zastępująca zarówno europejską “triple aged 6 years old” jak i amerykańską “double aged 8 years old”, tym razem bez podania wieku. Notatki: wanilia i miód, owoce leśne i czerwone (jak w JB Double Oak), orzechy, chleb żytni, smak i finisz chropowaty, drewniany, średnio długi. Ogólnie fajny wypust, niestety zgodnie z oczekiwaniami bliższy wersji sześcioletniej niż ośmioletniej, z odrobiną akcentów znanych z Double Oak.

Świetnie się bawiłem i każdemu polecam ten Festiwal. Było mnóstwo wystawców, morze dobrej whisky (i trochę kiepskiej), fajnie rozplanowany teren festiwalu gdzie było i gdzie usiąść, i gdzie zjeść, a jeśli komuś brakowało miejsca lub jedzenia to można było zawsze teren festiwalu na chwilę opuścić. Było kilka zgrzytów jak wspomniany brak numeracji stoisk połączony z książeczką kuponów, brak wody butelkowanej czy cygara (zwłaszcza kiedy palacze cygar pojawiali się w głównym namiocie) ale pomimo tego był to najlepiej zorganizowany festiwal whisky w jakim miałem okazję uczestniczyć. Mam zamiar go odwiedzić w przyszłym roku!

kolaż

Poznawanie ludzi to kolejna zaleta festiwalu. Po lewej Mateusz Zabiegaj, polski brand ambassador Grant's zaraz po degustacji "dekompozycja blendu", po prawej John Quinn zaraz po swoim wykładzie o Tullamore DEW. Obaj panowie są zatrudniani przez tę samą firmę, William Grant And Sons.

Spotkanie forum TTOW

Na początku czerwca dołączyłem do spotkania degustacyjnego forum The Taste Of Whisky (o którym już tu pisałem przy okazji wymieniania się próbkami whisky). Zawsze miło poznać ludzi bardziej obytych w temacie, można się sporo nauczyć.

Whisky do degustacji miały być z założenia szkockimi single maltami od niezależnych rozlewników, najlepiej pełnoletnimi i w mocy beczki. Ciekawy zestaw założeń który na starcie odrzuca najpopularniejsze whisky z oferty supermarketów i większości sklepów z alkoholami. Zakupy zostały dokonane przez organizatora, Rafała, w niemieckim The Whisky Cask oferującym rozlanie do mniejszych butelek, dzięki temu kupienie po 200ml każdej gwarantowało rozlanie akurat na osiem osób po 25ml bez żadnych pozostałości.

Uprzedziłem że się mało znam i nie chcę wystawiać ocen, bo każda skala wydaje mi się ułomna: skala stupunktowa jest skompresowana u większości recenzentów w realny zakres 80-100 (gdzie poniżej 80 oznacza whisky kiepską), skala dziesięciopunktowa z kolei wydaje się oscylować wokół 3/10 (whisky pijalna). A przede wszystkim mam mało doświadczenia więc pewnie się zachwycę whisky przeciętną albo nie docenię wybitnej. Ale Rafał chciał pozbierać oceny w arkuszu w skali dziesięciopunktowej więc dołączyłem do zabawy.

wstępny plan degustacji

Plan degustacji.

(1) Na start jako rozbiegówka posłużyła dwunastoletnia Auchentoshan, znana i lubiana za swoją łagodność whisky słodowa. Po rozgrzaniu nosów i podniebień przystąpiliśmy do degustacji właściwej.

(2) Pierwszy oficjalny kieliszek to Glen Moray 18-letnia (wydestylowana w 1998, zabutelkowana przez The Whisky Cask). Beczka po bourbonie, moc nie-zapisałem.

W nosie cytryna, trawy, wosk pszczeli i miód, trochę lakieru akrylowego. Oleista, bogata, ciężka, z wyczuwalnymi olejkami cytrusowymi. Po dodaniu wody ujawniły się zapachy jabłka, czerwonej porzeczki i siana. Smak ściągający, kwaskowaty, oleisty, skórzany, trochę brązowego cukru (demerara) i drewna. Finisz okazał się krótki i rozczarowujący.

Podsumowanie: świetne i bogate “wejście” z przodu ust, kiepski tył (właściwie nieobecna) i finisz. Ocena 5-6/10.

(3) Drugi kieliszek to Glentauchers 8-letnia (wydestylowana w 2008, zabutelkowana przez The Whisky Cask). Beczka po sherry oloroso pierwszego napełnienia, moc 58.4%. Będzie ciekawie, nie piłem jeszcze tak młodego single malta z beczki po sheery.

W zapachu sherry, rodzynki, słodkie czerwone owoce, jabłka, pomarańcze. Lekko siarkowy. W smaku ściągająca, słodko-kwaśna, pomarańcza i trochę czekolady. Finisz krótki, ostry i słodki.

Podsumowanie: trochę jak Glenfarclas 10yo i Glendronach 12yo: fajne sherry odrobinę zepsute siarką. Ocena 3/10.

(4) Trzeci kieliszek to Glenlossie 19-letnia (destylacja 1997, butelkowanie The Whisky Cask), beczka po bourbonie, moc 54.2%.

W zapachu miód, bimber (kiepsko!), herbata, lakier akrylowy, mus jabłkowy. W smaku herbaciana, słodkawa, chemiczna (farba? lakier?) i cierpka. Finisz szorstki, ściągający, średni.

Podsumowanie: lakier z cukrem. Stało się tu coś złego, nie wiem co, może kiepska beczka. Nie dopiłem. Ocena 2/10.

(5) Czwarty kieliszek to Auchroisk 7-letnia (destylacja 2010, The Whisky Cask). Beczka po porto pierwszego napełnienia, moc 52.5%. To ta nietypowo różowa na zdjęciu.

Nos: zasiarczona beczka, jabłko z siarką. Po ulotnieniu części siarki pojawiają się ledwo wyczuwalne zapachy wiśni, czerwonych jabłek, czerwonego wina. W smaku słodkie wiśnie, a poza tym ściągnięcie i ukłucie siarkowe, nieprzyjemna. Finisz ściągający i krótki.

Podsumowanie: siarka z cukrem. Paskudna, nie dopiłem. 1/10.

(6) Niespodzianka pierwsza, “whisky z worka” jak nazwał ją Rafał, dając do spróbowania bez ujawniania co to jest. Nos: suszone owoce, jabłka, śliwki, rodzynki (kompot świąteczny) i czarna porzeczka. Trochę bulionu warzywnego. Jakieś słodkie wino, sherry lub madeira? W smaku słodka, czerwone wino, lekko cierpka, pomarańcze. Finisz długi i ciepły.

Podsumowanie: fajna, ciekawa, nietuzinkowa. Na pewno beczka po winie ale nie wiem po jakim. Ocena 4-5/10.

Ujawnienie: Glenturret 22yo (1994-2017), butelkowana przez WhiskyBroker, beczka to barolo wine barique.

(7) Piąty (oficjalny) kieliszek to Clynelish 17-letnia (destylacja 1996, butelkowanie 2014 przez The Whisky Cask), beczka po bourbonie, moc 54% i wysokie oczekiwania.

W zapachu trawa, wosk, świeżo i “okrągło” (bez żadnego ukłucia, miła odmiana), świeże owoce, skórka jabłka, agrest. Po dodaniu wody więcej zapachów jabłkowych i trochę gruszki. Smak słodki, ziołowy, oleisty, gorzkawy, kwaśny, trochę jak syrop na kaszel (dobry syrop). Finisz długi, słodkawy, ziołowy i przyjemny.

Podsumowanie: świetna! Idealny balans słodko-kwaśno-gorzki. Bogaty nos, bogate “wejście”, dużo frajdy z przodu i tyłu buzi, fajny finisz. Ocena 8/10 i ochota na ponowne spróbowanie kiedy indziej.

W tym miejscu, po siedmiu kieliszkach, doznałem już lekkiego stępienia zmysłów. Dlatego kolejne notki i oceny będą wyraźnie uboższe.

(8) Szósty kieliszek to Auchroisk 24-letnia (1991-2016, The Whisky Cask). Beczka po sherry. Mocy nie zanotowałem.

W zapachu zjełczałe masło, olej, kwaśne owoce. W smaku cierpka, ostra, owocowo-kwaśna. Finisz ostry i krótki.

Podsumowanie: zaledwie poprawna. Ocena 2.5/10.

(9) Niespodzianka druga, kolejne ślepe próbowanie whisky którą Rafał wyciągnął z torby. Nos: Oleiście, masło, trochę sherry, siarka. Smak: cierpki i ściągający. Finisz ostry i krótki.

Podsumowanie: kwaśna i siarkowa. Ocena 3/10, a i chyba zawyżona.

Ujawnienie: niestety nie zanotowałem.

(10) Siódmy kieliszek to Glen Garioch 24-letnia (1996-2014, The Whisky Cask)

W zapachu owoce, mnóstwo wanilii, bzy, skórka jabłka. W smaku ściągająca i słodkawa. Finisz ostry, ciepły i krótki.

Podsumowanie: poprawna, tylko poprawna, szkoda. Ocena 3.5/10.

(11) Niespodzianka trzecia okazała się kwaśna i siarkowa, nawet nie wystawiałem oceny.

(12) Ósmy, ostatni oficjalny kieliszek to Glenrothes 30-letnia (1986-2017). Beczka po sherry.

W zapachu sherry monster (czyli rodzynki, wino, mnóstwo owoców i słodkości), zioła, goździki, lekka siarka. W smaku mocna, ostra, przyprawowa, wyczuwalny cynamon. Finisz średni pod każdym względem.

Podsumowanie: niezła, chciałbym spróbować mniej “zmęczony”. Ocena 4.5/10.

Ogólnie bawiłem się świetnie, głównie ze względu na towarzystwo. Same whisky jak widać były różne, od rewelacyjnego Clynelisha po dziwne porażki prawdopodobnie wynikłe ze złej beczki. Niektóre z tych pozycji mam na liście do ponownego spróbowania ale ogólnie mam średnie zdanie o The Whisky Cask jako rozlewniku whisky. Butelki od Gordon&MacPhail czy Cadenhead częściej się trafiały dobre.

A dwanaście kieliszków na jedno popołudnie to dla mnie jednak za dużo w sensownej degustacji.

Marvel's Defenders

Kiedy piszę tę notkę dzieli nas mniej niż dwanaście godzin od światowej premiery serialu “Defenders” na Netfliksie. Jako fan kinowego (ale i komiksowego) Marvela oraz dotychczasowych seriali dziejących się w tym samym świecie co Marvel Cinematic Universe czekam jak na szpilkach.

Ponieważ whisky pojawiały się w dotychczasowych serialach, zacząłem się zastanawiać jakie whisky piłaby cała czwórka Defendersów – lub jakie whisky po prostu mogą ich reprezentować. Z butelek jakie miałem w domu złożyłem taki oto kwartet.

The Defenders w butelkach

The Defenders w butelkach

Daredevila reprezentuje dwunastoletni Macallan Sherry Oak, niegdyś podstawowy single malt tej utytułowanej destylarnii. To Macallana zamawia Matt w piątym odcinku drugiego sezonu na wykwintnym przyjęciu gdzie próbuje zaimponować Elektrze. Jest to wspaniały smaczek: Macallan ma wizerunek whisky brytyjskiej klasy wyższej, z którego to wizerunku skwapliwie korzysta przy wycenianiu swoich produktów, ale to też powoduje popularność tej whisky wśród nuworyszów i osób aspirujących. Matt zamawiający tę whisky na dystyngowanej imprezie wchodzi w popularne cliché “starania się zbyt mocno” czym nieświadomie odsłania się jako gość spoza tego świata kiedy próbuje zaimponować siedzącej obok kobiecie.

Jessica Jones piła w swoim serialu bardzo dużo różnych, ale zawsze tanich whisky, głównie bourbonów. Jest wspaniałe zestawienie wszystkich pitych przez JJ whisky na Buzzfeed. Najbardziej jest wyeksponowany Wild Turkey 101, kupiony tekstem “Bourbon, cheapest one you got”. Czemu ta scena to bzdura ładnie jest wyjaśnione w podlinkowanym tekście, w każdym razie akurat WT 101 mi wyszedł (to jest świetny bourbon!) więc wyciągnąłem do zdjęcia innego pitego przez Jessicę bourbona, podstawowego Old Grand Dad. W wersji europejskiej ma on pojemność 0.7L oraz pękatą butelkę, stąd nie wygląda dokładnie jak butelka w serialu.

To była ta łatwiejsza połowa zestawienia. Dwaj kolejni członkowie Defenders nie są pokazani podczas picia whisky więc trochę się tu pobawię.

Luke Cage nie pije w swoim serialu whisky więc ciężko powiedzieć jaką by pił. Ale sam serial wspaniale pokazuje kulturę czarnoskórych, głównie jazzu granego w klubie Cottonmoutha. Skoro jazz to Nowy Orlean, a skoro Nowy Orlean to najsłynniejszy koktajl pochodzący z tego miasta, serwowany w większości klubów jazowych Sazerac. Koktajl ten oryginalnie był przygotowywany z koniaku, w końcu kulturowo Nowy Orlean był zawsze przesiąknięty kulturą francuską, ale w drugiej połowie XIX wieku francuskie winnice zostały zaatakowane przez owada zwanego Filoksera Winiec, co przetrąciło produkcję koniaku, co z kolei spowodowało że nową bazą Sazeraca została amerykańska żytnia whisky. Dodatkowo przez jakiś czas żytnia whisky jako ostrzejsza w smaku od bourbona była uważana za bardziej “macho”, a przecież Luke Cage to nie tylko w przenośni najtwardszy gość z całej czwórki Defendersów. Dodatkowo Rittenhouse Rye jako świetna w smaku oraz przystępna cenowo whisky na pewno da Luke’owi kolejny temat do rozmowy z Jessicą Jones. Chociaż ich romans wielu rozmów nie potrzebował.

Iron Fist w komiksach jest przedstawiony w zielonym wdzianku, zielony to jego oficjalny kolor. To pierwszy powód wybrania Johnnie Walker Green Label do reprezentowania Iron Fista. Drugi jest taki, że Iron Fist pochodzi z ogólnie pojętego Zachodu ale przez kilka lat mieszkał gdzieś-w-Chinach (tak, wiem, K’un-Lun fizycznie jest gdzieś w innym wymiarze) i był niedostępny dla reszty świata. Dokładnie taki los spotkał Green Label: w 2012 roku został wycofany ze wszystkich rynków z wyjątkiem azjatyckiego (konkretnie pozostał wyłącznie na Tajwanie), dopiero w 2016 powrócił, ku zaskoczeniu wszystkich tych, którzy spisali go na straty. Wypisz-wymaluj historia Iron Fista.

Zupełnym przypadkiem wyszła z tego czwórka naprawdę niezłych whisky które mogę polecić każdemu jako reprezentanta swojej kategorii. Mam nadzieję że serial okaże się co najmniej tak samo dobry.

Glenfiddich 12 Years Old

Glenfiddich to najbardziej znana i najlepiej się sprzedająca whisky single malt. Co oznacza że szkoda klawiatury na powtarzanie po raz tysięczny tego, co internet sam podsuwa garściami. Że to pierwszy single malt promowany poza Szkocją, że dostępny w około stu osiemdziesięciu krajach na całym świecie, że Glenfiddich to najwięcej produkująca i najwięcej sprzedająca destylarnia whisky słodowej w Szkocji. W Polsce oznacza to, że “zielonego”, dwunastoletniego Glenfiddicha można kupić nawet na stacjach benzynowych. Tak, był także moim jednych z pierwszych single maltów.

A gdzie Glenfiddicha kupić nie można? Na polach golfowych należących do aktualnego prezydenta USA, Donalda Trumpa. I to jest historia warta opowiedzenia!

W 2006 roku Trump zakupił w Szkocji kawałek ziemi nad morzem, obok miejscowości Balmedie (wschodnie Highlands). Kawałek spory, bo 1400 akrów czyli prawie 570 hektarów (5.7 km²) z przeznaczeniem na ośrodek golfowy: dwa pola, pięciogwiazdkowy hotel, domki i szkołę golfa. Okoliczni mieszkańcy i grupy obrońców środowiska protestowały bo oznaczałoby to sporą ingerencję w krajobraz i zniszczenia między innymi wydm mających cztery tysiące lat i badanych przez naukowców. Budowę kontrowersyjnego ośrodka golfowego jednak w końcu zatwierdzono i rozpoczęto.

Afera właściwa rozpoczęła się kiedy właściciele kilku posiadłości leżących wewnątrz planowanego kompleksu golfowego odmówili sprzedaży firmie Trumpa swoich domów i działek. Spośród tych właścicieli najbardziej rozpoznawalny został Michael Forbes, rolnik i rybak, który nie ulegał presji sprzedaży swojej dwudziestotrzyakrowej działki z domem leżącej blisko środka samego kompleksu. Ta historia ma wiele odnóg, bohaterów oraz w chwili pisania tej notki (czerwiec 2017) się nie zakończyła. Anthony Baxter nakręcił dwa filmy dokumentalne o całej aferze, wydany w roku 2011 “You’ve Been Trumped” i pięć lat młodszy “You’ve Been Trumped Too” – oba są warte obejrzenia.

Glenfiddich jako marka a William Grant & Sons jako firma zalazły Trumpowi za skórę kiedy w roku 2012 w popularnym plebiscycie “Glenfiddich Spirit of Scotland Award” najwyższy tytuł – Top Scot – w wyniku głosowania przypadł właśnie Michaelowi Forbesowi. Tego już było dla nowojorskiego przedsiębiorcy za wiele. W znanym dziś całemu światowi stylu wpadł w szał na Twitterze, nazywając nagrodę hańbą dla całej Szkocji, wezwał do bojkotu Glenfiddicha oraz zapowiedział zakaz sprzedawania i serwowania Glenfiddicha (jak i innych whisky produkowanych przez WG&S) we wszystkich swoich przedsiębiorstwach. Nie obyło się też bez oskarżenia WG&S o manipulowanie plebiscytem jako zemstę za wybranie innej whisky niż Glenfiddich do serwowania na polach golfowych Trumpa (jak się okazało kilka lat później, oficjalną szkocką Trumpowych pól golfowych przygotowała destylarnia Glendronach).

Na szczęście nie jestem Donaldem Trumpem więc mogę sobie bez żadnych oporów nalać Glenfiddicha. Na pierwszy ogień wersja dwunastoletnia, podstawowa, “zielona”. Bardzo ładna butelka, także w wersji miniaturowej, o charakterystycznej, trójkątnej podstawie.

Zielony to idealny kolor butelki dla Glenfiddicha 12yo

Zielony to idealny kolor butelki dla Glenfiddicha 12yo

Zapach jest bardzo świeży. Dominują w nim jabłka i gruszki (zielone, ledwo dojrzałe), poza tym pieprz, imbir, lekko kłująca w nos ostrość. Poza tym w zapachu pojawiają się waniliowa słodkość, wytrawne białe wino, kiwi, bardzo lekki zapach świeżych kwiatów.

Smak jest wpierw cierpki (dąb i przyprawy), jabłkowo-gruszkowy, po chwili robi się lekko słodki.

Finisz lekko ściągający, drewniany, średnio długi.

Jest to whisky całkiem ostra i kłująca jak na dwunastoletniego single malta “dla każdego”. Nie wiem z czego to wynika (czy z szerokości “serca” destylatu, czy też z ogrzewania alembików ogniem) ale nie da się ukryć że można łatwo wskazać łagodniejsze, bardziej przyjazne dziesięcio- czy dwunastoletnie single malty. Nie zmienia to faktu że Glenfiddich w wersji dwunastoletniej to bardzo dobry pomysł na rozpoczęcie przygody ze szkocką whisky słodową, także ze względu na bardzo atrakcyjną (na tle konkurentów) cenę i niezrównaną dostępność.

Zresztą nie tylko na rozpoczęcie. To dobry, bezpretensjonalny i pasujący do każdej sytuacji single malt.

Mała butelka na zdjęciu ma pojemność 200ml i pochodzi z zestawu Glenfiddich Explorer Collection, składającego się z trzech takich butelek Glenfiddicha (12-, 15- i 18- letni) oraz kieliszka tulipanowego. Fajny zestaw nie tylko na prezent, szkoda że średnio dostępny w Polsce.

Tym razem linki nie o samej whisky a o aferze wokół pola golfowego.

Promocje whisky w Carrefour i Tesco

Wygląda na to że w supermarketach skończyła się początkoworoczna posucha alkoholowa i znów można wypatrywać fajnych promocji. Tym razem wyrazy szacunku w stronę Carrefoura który proponuje bardzo dobre ceny za te trochę droższe whisky. Przyjrzyjmy się gazetce Carrefoura “Kolekcja Whisky” ważnej do 29. maja.

Przegląd jest oczywiście subiektywny!

  • Glenfiddich 12yo – pierwszy i najpopularniejszy single malt na świecie. Moim zdaniem w tej kategorii wiekowej i cenowej są lepsze pozycje, także dla początkujących (ten Glenfiddich jest trochę kłujący, ostry jak na malta w swoim wieku) ale to jest po prostu klasyka gatunku. Dobry prezent zarówno dla kogoś kto dopiero zaczyna przygodę z single maltami jak i entuzjasty.
  • Glenfiddich 15yo Solera Reserve – w tej cenie rewelacja, przyjemnie złożona (można wąchać i wąchać) i łagodniejsza niż 12yo. Zazwyczaj kosztowała ponad dwie stówy więc 180 to dobra okazja na zapoznanie z tą butelką.
  • Glenfiddich 14yo Rich Oak – to “limited” to bzdura, ta whisky weszła do oferty Glenfiddicha w 2010 roku i ma pozostać w “core range”. Próbowałem na Whisky Live Warsaw i to ciekawa whisky – gładka, sporo przypraw i drewnianych akcentów. Za 150zł warto.
  • Glengoyne 10yo – jedna z mniejszych gorzelni nareszcie ma oficjalną dystrybucję w Polsce. Mniejsze gorzelnie mają tę zaletę że nie przycinają na jakości kompensując marketingiem (patrzę na was, Macallan i Glenlivet). Glengoyne jest dobrym tego przykładem, na Whisky Live Warsaw zachwycałem się przy ich stoisku. W tej cenie tę butelkę brałbym zamiast Glenfiddicha 12yo!
  • Scapa Glansa – tu trzeba uważać, to jest lekko torfowy eksperyment tej destylarni. Dla fanów dymnych maltów. Ja próbowałem, fanem nie jestem, wolę nietorfową Scapa Skiren.
  • Benromach 10yo – na degustacji w W&WP to był najfajniejszy z trzech Benromachów, ale że torfowe malty to nie mój klimat to nie potrafię polecić. Na plus świetny design butelki.
  • Loch Lomond 12yo – fajna whisky z ciekawej gorzelni ale, prawdę mówiąc, nic wyjątkowego.
  • Macallan Amber – wyobraźcie sobie że jeden z waszych ulubionych producentów wycofał z oferty swój najlepszy samochód, telefon czy laptopa, i zastąpił produktem wciąż niezłym ale jednak słabszym, wmawiając wam że jest równie dobry jak ten poprzedni. No więc dokładnie tak jest z serią 1824 Macallana. To niezła whisky której przyszło zastąpić swoje wybitne, starsze siostry. Dobra na pierwszy kontakt z Macallanem. Jeśli zasmakuje mam dobrą wiadomość – Macallan przywraca do oferty swoje wybitne malty z podaniem wieku. Jeśli do supermarketów w Polsce trafi Macallan 12yo Sherry Oak albo jakiś Triple Oak, w cenach niższych niż okolice czterech stów jakie sobie teraz życzą sklepy specjalistyczne za te butelki, będziemy mieli piękne czasy.
  • Tullibardine Sovereign – piłem, polubiłem, młoda i świeża. Za tę cenę wolałbym kupić dzięsięcio-dwunastoletniego malta.
  • Glenfarclas 15yo – akurat “piętnastki” nie piłem, ale wszystkie Glenfarclasy z jakimi miałem kontakt (10yo, 12yo, 18yo, “105”) były wspaniałymi, pełnymi owocowych zapachów “sherry monsterami”. Zdecydowanie kupowałbym… ale pewie w Domu Whisky gdzie ta butelka jest tańsza.
  • West Cork 10yo – nie mam pojęcia.
  • Nikka All Malt – to był mój wstęp do whisky japońskich, wciąż uwielbiam, w tej cenie (japońskie są generalnie drogie) rewelacja.
  • Taketsuru Pure Malt – mam w gablotce cztery różne whisky firmy Nikka i czuję że to będzie piąta. Z całej tej gazetki ta butelka jest na szczycie mojej listy zakupów.
  • Buffalo Trace – wciąż i niezmiennie moim zdaniem najlepszy bourbon w kategorii “do 100zł” razem z Wild Turkey.
  • Wild Turkey Rare Breed – nie próbowałem, zamierzam, 94 punkty w Biblii Murraya. Ta cena jest rewelacyjna.
  • Woodford Reserve – fajny bourbon, stylowa butelka, polecam.
Pierwsza strona gazetki Carrefoura

Nareszcie promocja z single maltami na pierwszym planie!

Niezły zestaw promocji przygotowało też Tesco, sięgnijmy do “Karty Drinków i Alkoholi” Tesco ważnej do końca kwietnia.

Wiele z whisky w tej gazetce było już przecenionych i skrótowo opisanych w notce o promocji Tesco w grudniu 2016, proponuję otworzyć w drugiej zakładce.

  • Johnnie Walker Green Label 15yo – nie dość że jedyny blended malt (czyli bez whisky destylowanej w kolumnie) w linii Johnnie Walker, to na dodatek w opinii nie tylko mojej “właśnie o to chodzi w blended maltach”. Bardzo złożona, bogata, wspaniała, niekoniecznie dla początkujących ze względu na smak oraz cenę.
  • Johnnie Walker Gold Label Reserve – patrz notka o promocji grudniowej.
  • Singleton 12yo –patrz notka o promocji grudniowej.
  • Jameson – moja ulubiona irlandzka whiskey w swojej kategorii cenowej, łagodna i jednocześnie trochę “zielona” (trawiasta, ziołowa) w charakterze, doskonała do hot toddy.
  • Glenfiddich 12yo – jeszcze taniej niż w Carrefourze, a poza tym to patrz wyżej.
  • Laphroaig 10yo – 129zł to rewelacyjna cena ale bardzo przestrzegam przed zakupem jeśli się nie zna tego smaku i charakteru, to jeden z najbardziej torfowych i “medycznych” single maltów.
  • Ballantine’s, Grant’s, Tullamore DEW – wspomniane w notce o promocji grudniowej.
  • Wild Turkey 81 – za 59zł jest to pozycja obowiązkowa, obok Buffalo Trace mój ulubiony bourbon w kategorii do 100zł.
  • Chivas Regal 12yo – uwielbiam, jeden z najlepszych szkockich blendów, owocowy i bogaty.
  • Passport Scotch, Hankey Bannister – pomijam, nie mam zdania.
  • Jim Beam – biały to pozycja kultowa, uważam że w tym zakresie cen bourbony miażdżą tanie, szkockie blendy. Double Oak – już się zachwycałem w notce o promocji grudniowej.
  • Johnnie Walker Blender’s Batch Red Rye Finish – słyszę same dobre opinie, muszę wreszcie spróbować.
  • Johnnie Walker Red, Black, Double Black – klasyki gatunku, albo się je zna i lubi, albo się zna i nie lubi, a jeśli się nie zna – to lepiej spróbować przed kupieniem całej butelki bo są specyficzne.